Świadectwo Kuby

Świadectwo Kuby, uczestnika rekolekcji ewangelizacyjnych w Hartowcu, lipiec 2012 r.

Poniższe świadectwo w dużej mierze pokrywa się z tym, co mówiłem ostatniego dnia rekolekcji podczas czasu świadectw.
Wypada zacząć od początku, czyli musimy się cofnąć aż o 4 lata, kiedy to moi rodzice się rozeszli, a dokładniej rodzinę opuścił ojciec (rodzinna brzmi dość górnolotnie biorąc pod uwagę, że jestem jedynakiem). Załamałem się wtedy kompletnie, choć nie pokazywałem tego. Dalej starałem się być duszą towarzystwa, dalej się uśmiechać i śmiać, choć kompletnie nie miałem na to ochoty. Wtedy też stwierdziłem, że w sumie Boga nie ma. Niby dalej chodziłem co niedziele do kościoła, ale nie widziałem w tym sensu. Przestałem się modlić. Teraz już wiem, że wiązało się to z moimi lękami i ranami. Przez to, co doświadczyłem, bałem się zaufać, a szczególnie, jeżeli ktoś był mi bliski, tak bliski jak ojciec. Kim muszę być by nie chciał mnie własny ojciec? Na szczęście udało mi się znaleźć oparcie w drugim człowieku – w dziewczynie, z którą teraz jestem już ponad dwa lata. Odnalazłem względny spokój i szczęście. Trwałem w złudzeniu, że nic mi nie jest, aż do listopada zeszłego roku, kiedy to po wielu miesiącach ciężkiej choroby zmarł mój dziadek – dla mnie jedyna podpora w rodzinie, jedyna męska ręka. Od tamtego czasu nie mogłem się wewnętrznie pozbierać.

Teraz zaczyna się już bliższa historia. W dniu, kiedy dziewczyny ze Wspólnoty Ojca Pio zachęcały do wzięcia udziału w rekolekcjach, mnie nie było w szkole (należę do koła teatralnego i gościnnie wystawialiśmy sztukę w V LO). O rekolekcjach usłyszałem na ostatniej lekcji religii przed wystawieniem ocen, na której dla podlizania się ks. Arturowi wyjątkowo zamiast obijać się w ostatniej ławce usiadłem w pierwszej. Podsłuchałem wtedy rozmowę Rafała z księdzem na temat wyjazdu i żywo się tym zainteresowałem. Oczywiście nie dlatego, że zamierzałem przeżyć głęboką przemianę czy nawrócenie. Stwierdziłem, że grzechem by było nie skorzystać z takiej okazji (200 zł za tydzień z wyżywieniem nad jeziorem!) i mimo wszystko czułem, że muszę pojechać. I tak się stało, dotarłem do Hartowca. Kiedy przy ognisku wszyscy przedstawiali się i mówili, po co przyjechali („Umocnić i pogłębić wiarę” itp.) pomyślałem: „co za banda nawiedzonych idiotów”. Bez obrazy. No, ale trudno przecierpię jakoś modlitwy i będę mógł oddać się relaksowi. Ale tego samego dnia w czasie wieczornej adoracji coś się zmieniło. Częściowo stopniał lód mojego serca, gdy uświadomiłem sobie, że grupa właściwie obcych sobie ludzi zaczyna tworzyć wspólnotę, a dostrzegłem to podczas wspólnego śpiewania. I wtedy doszedłem do wniosku: „może to wszystko nie jest kompletnie bez sensu, może faktycznie nie ma przypadków i znalazłem się tutaj nieprzypadkowo?”. Co mi szkodziło, choć trochę otworzyć serce? I tak z godziny na godzinę, z każdą modlitwą, z każdym dzieleniem w grupach i parach, ale też z każdym szczerym uśmiechem i z każdą rozmową otwierałem kolejne zamki w drzwiach do mojego serca. Ale diametralna przemiana przyszła podczas nocnej adoracji, a w sumie podczas oczekiwania na moją kolej. Tamtej nocy dostałem znak, nie jakąś aluzję czy pukanie do bram mego życia, lecz krzyk i dobijanie się. Wtedy mogłem bez zawahania powiedzieć: „wiem, że jesteś, i że przyszedłeś do mnie, ale nie wiem czy Cię wpuszczę do środka”. Od tamtego zdarzenia było mi coraz lepiej, przede wszystkim dlatego, że zacząłem dostrzegać Boga w moim życiu, czego nie doświadczyłem przez ostatnie 4 lata. Następnie katechezy i spowiedź generalna uświadomiły mi, dlaczego nie chce wpuścić Jezusa do mojego serca. Bo bałem się, bałem się ufać komuś, kogo wszyscy nazywają „Ojcem„, „Tatą” – określeniami, którymi się wręcz brzydziłem. Na szczęście udało mi się ten strach zwalczyć, najpierw podczas modlitwy o uzdrowienie, podczas której prosiłem o zaleczenie rany odrzucenia i związanego z nim braku poczucia własnej wartości. Po tej modlitwie uciekłem na dwór, siadłem na ławce i płakałem przez bite pół godziny ze szczęścia. Nie wiedziałem, że to uczucie szczęścia jest niczym w porównaniu z tym, co miałem dopiero doświadczyć. Mogę bez chwili zawahania stwierdzić, że najszczęśliwszym i najpiękniejszym momentem mojego życia jest modlitwa o wylanie darów Ducha Świętego. Najbardziej zależało mi na darze ufności i odwagi, abym nie bał się ufać Bogu i nie bał się o tym mówić światu. Pomijając fakt, że doświadczyłem spoczynku w Duchu Świętym i śpiewałem językami (nie były to moje cele), to dokonała się w mym sercu olbrzymia przemiana.
Zaufałem Bogu. „Jezu ufam Tobie” stało się dla mnie codzienną modlitwą. I do tego to olbrzymie poczucie szczęścia i spokoju. Ogarnęła mnie taka euforia, że przez trzy dni nie mogłem usiedzieć w miejscu i cały czas coś śpiewałem pod nosem, co mogą potwierdzić chyba wszyscy, którzy byli obecni na dzieleniu się świadectwami. Jakbym chciał podsumować cały tydzień rekolekcji w dwóch zdaniach, to byłyby to zdania, które już się wcześniej pojawiły w tym tekście:
1. Jezu ufam Tobie.
2. Nie ma przypadków, wszystko jest planem Boga.

Zanim sobie to uświadomiłem, musiało przepłynąć wiele łez, i musiałem też spotkać wiele ufnych spojrzeń oraz doświadczyć wiele ciepła i miłości od osób, które już nigdy nie będą dla mnie obce. I zdanie puenty na koniec – warto było pojechać do Hartowca.

Z okrzykiem „CHWAŁA PANU!!” na ustach,
Kuba