Świadectwo Justyny

Świadectwo Justyny (Dżastin), członkini Wspólnoty Ojca Pio, po rekolekcjach w Nowej Wsi Szlacheckiej 2012 r.

„Bo my nie możemy nie mówić tego, cośmy widzieli i słyszeli.”
Pan wiele we mnie dokonał i tak jak apostołowie, Piotr i Jan, nie mogę milczeć. Na wspólnotowych rekolekcjach byłam po raz czwarty, ale pierwszy raz mogę powiedzieć, że nie zmarnowałam tego czasu. Po raz pierwszy, już przed wyjazdem, postawiłam sobie pytanie : ,,po co tam jadę ?” Po chwili refleksji przyszły różne odpowiedzi np. żeby oddać ten czas tylko Panu Bogu, wejść w Tajemnicę Eucharystii. Ale to była tylko formalność. Dopiero po przyjeździe na rekolekcje, gdy się przedstawialiśmy i głośno odpowiadaliśmy na to pytanie, zdałam sobie sprawę, że to jest kluczowy element, którego zabrakło w poprzednich latach. Wtedy nie stawiałam sobie żadnego celu więc nie było o co walczyć, do czego dążyć. „Przyjechałam tutaj aby zanurzyć się w Bożej miłości.” Tak ostatecznie brzmiała moja odpowiedź. Uświadomiłam sobie, że jestem tam w konkretnym celu i wiedziałam, o co mam się bić.

Zły duch działa w przebiegły sposób, zastawia sprytne pułapki. Prawie od samego początku rekolekcji miałam wielki problem, żeby się w tym wszystkim odnaleźć. Nie wiedziałam co się ze mną dzieje, „dusiłam się”, okropnie się tam czułam. Chciałam stamtąd uciec. Po prostu wrócić do domu. Denerwowało mnie, gdy wszyscy śpiewali, tańczyli, okazywali radość itd. Dzielenie było dla mnie koszmarem. Nie widziałam w nim sensu. Nie chciało mi się nawet iść na poprzedzającą je katechezę. Myślałam, że chodzi tylko o moją osobowość – z reguły nie ujawniam emocji, nie dzielę się przeżyciami, zostawiam to wszystko dla siebie. Sądziłam, że nie ma w tym nic złego że inaczej to wszystko przeżywam, bez jakiejś ekspresji. Po części tak było – chodziło o osobowość, ale w znacznej mierze była to pułapka złego ducha. Do tego doszedł paniczny strach przed księdzem. Jeszcze nigdy nie przeżywałam takiej fobii. Czułam się, jak rzucona lwu na pożarcie (dosłownie). W końcu dotarło do mnie, że coś jest nie tak – nagle zaczęłam bać się kapłana, którego znam od paru lat. Przezwyciężenie tego było wielkim wyzwaniem. Na szczęście odniosłam zwycięstwo. Czekała mnie jednak kolejna walka – zaczęłam odczuwać ogromną niechęć (mówiąc bardzo delikatnie) do p. Ani – animatorki mojej grupy dzielenia. Wcześniej wiedziałam, że tak działa zły duch, ale doświadczając tego, nie byłam w stanie trzeźwo myśleć.

Te wszystkie moje małe zwycięstwa to jest nic w porównaniu z tym, czego później Pan dokonał. W środę podczas rannej adoracji usłyszałam wyraźny głos Pana: „Jutro będę działać wyjątkowo mocno, udzielę obfitych łask, będę mocno dotykać serc, przemieniać je (…)” Zobaczyłam ten dzień (tj. czwartek) w wielkim blasku, oślepiającym duszę. Tego nie da się wyrazić słowami. Tak wiele one ujmują. Dokładnie pamiętam słowa, jakie wypowiedziałam do Pana :,,Panie Jezu, rekolekcje zaczęły się w poniedziałek, jest już środa, a Ty mi mówisz że dopiero jutro będziesz działać?”. Ale te moje słowa nie miały znaczenia. Ginęły w głosie Pana. Wtedy tylko jeszcze wyraźniej to wszystko usłyszałam i zobaczyłam. Zupełnie nie wiedziałam o co chodzi, jak mam to rozumieć, lecz powoli się to wyjaśniało. Tego samego dnia, jeszcze rano, ksiądz oznajmił, że spowiedź jednak odbędzie się jutro (tzn. w czwartek) a nie w piątek – tak jak to miało być początkowo. Ale to drobiazg. W czwartek naprawdę działy się cuda. Mogę pisać tylko o tym, czego sama doświadczyłam, jednak wiem, że dla wielu ten dzień był momentem przełomowym.

Wieczorem prosiliśmy Pana o uzdrowienie, uwolnienie. I jak już wcześniej pisałam, wiem o tym, że wtedy Pan Bóg hojnie rozlewał łaski. Jednak dla mnie to uzdrowienie miało miejsce już podczas dzielenia w parach. Oczywiście na samą myśl o dzieleniu już miałam dosyć. Chciałam tylko jakoś przetrwać i mieć spokój. Ale wcale nie było tak łatwo jak bym tego chciała. Po raz pierwszy szczerze zajrzałam w głębię swego serca. Zanim się na to odważyłam, powiedziałam do Pana :,,Panie Boże, co Ty wymyśliłeś? Teraz mnie ratuj.” Byłam bezradna. Próbując się bronić, chciałam powiedzieć osobie z którą „dzieliłam się” parę niemiłych słów. Teraz widzę, jak bardzo było to niedojrzałe i głupie. Nie pozostawało mi nic innego, jak stanąć w prawdzie wobec samej siebie, zrzucić maski. Runął mur, który tak szczelnie oddzielał mnie od Pana. I w tym momencie Pan Bóg dotknął serca, rozpoczął się proces uzdrowienia. Często zdarza mi się płakać, ale tylko i wyłącznie w samotności, nigdy przy świadkach. Tym razem, mając już łzy w oczach, nie dałam rady ich powstrzymać. Jednocześnie wszelkie problemy związane z przeżywaniem rekolekcji, poczucie ich bezsensu, odraza do śpiewu, dzielenia itd., pękły jak bańka. Ogarnęła mnie wielka radość. Do tego czasu byłam ciągle przygnębiona.

To doświadczenie jest dowodem na to, że Pan działa najmocniej, gdy najmniej tego oczekujemy i się spodziewamy. Dzielenie uważałam za zbędny punkt programu. Twierdziłam, że to absolutnie nie pomaga w duchowym wzroście, nawet w najmniejszym stopniu. Nigdy bym nie uwierzyła, że właśnie podczas dzielenia może się wydarzyć tak wiele. To, że nie doznałeś czegoś wyjątkowego podczas rekolekcji nie oznacza, że już wszystko stracone. To Pan wybiera czas i miejsce.

Zdarzyły mi się też upadki. Pierwszy z nich, to opuszczenie jednej szkoły śpiewu. Niby tylko szkoła śpiewu, nic istotnego, to nie Eucharystia czy katecheza, ale może właśnie wtedy Pan Bóg chciał dotknąć mojego serca i je przemienić, może wtedy chciał mi coś powiedzieć. Straciłam szansę. Żałuję też dlatego, że ten śpiew był modlitwą. Inną sprawą jest brak szacunku do osób odpowiedzialnych za tę modlitwę. Przepraszam was za to. Druga porażka, to raz przespana refleksja osobista. Uważam to za największą przegraną. Najbardziej tego żałuję.

Tym, co oddawałam Panu (i nadal oddaję), co wymaga uzdrowienia, jest przede wszystkim moja nieśmiałość. Jest ona jak więzienie, jak choroba, która potrafi sparaliżować. Od czasu, gdy w końcu przestałam przed tym uciekać, powierzyłam to Panu (a działo się to także w czwartek), wyjątkowo często musze się mierzyć z tą moją słabością. I nie chodzi o zwykłe, codzienne sytuacje (bo te, rzecz jasna, miały miejsce już wcześniej) ale właśnie o te niecodzienne, które wyrosły niczym grzyby po deszczu. Co chwilę Pan stawia mnie w sytuacji, która uderza w tę moją największą słabość i odsłania ją. To boli, często nawet bardzo, ale za każdym razem czuję, że zrobiłam krok do przodu. Pan mnie asekuruje i nie pozwala upaść, upokorzyć się. Choć są to na razie małe kroki to wierzę, że On mnie z tego wyprowadzi.

Gdy tak cały czas tylko się zmagałam z kolejnymi pułapkami i przeszkodami, i kolejne dni mijały, myślałam, że już bardziej zmarnować tego czasu nie można. Ale to właśnie wtedy byłam najbliżej Pana i najbardziej dziękuję Mu za ten czas. Z rekolekcji wracałam zmęczona, ale było warto.
Zanurzyłam się w Bożej miłości. To, co piękne, wymaga wysiłku.
Chwała Panu !

Justyna (Dżastin)